Dzisiaj jest: 15.10.2018, imieniny: Jadwigi, Leonarda, Teresy

Zakładnik obietnicy - wywiad z Arturem Wasążnikiem

Dodano: 3 tygodnie temu Czytane: 1435 Autor:
Redakcja Poleca!

Wywiad Izabeli Jarskiej z Arturem Wasążnikiem - jego debiutancka powieść „Zakładnik obietnicy” jest pierwszym tomem I Księgi historyczno – przygodowego cyklu: „Przemienienie”.

Zakładnik obietnicy - wywiad z  Arturem Wasążnikiem
Barwna historia z ideą w tle

- „Chciałem pójść na łatwiznę, a wyszło odwrotnie. Wydawało mi się, że mam jak na tacy wyłożone materiały do stworzenia powieści i że wystarczy uzupełnić trochę wiedzę historyczną, żeby po nitce do kłębka dojść do sedna sprawy. Cóż, skoro nitka okazała się ogromną siecią o dużej liczbie splotów!” – mówi Artur Wasążnik. Z wykształcenia jest socjologiem, z zamiłowania historykiem i etnologiem. Jego debiutancka powieść „Zakładnik obietnicy” jest pierwszym tomem I Księgi historyczno – przygodowego cyklu: „Przemienienie”.

Przemienienie


Czy upodobanie do pisarstwa nosił pan w sobie od dawna, zanim jeszcze powstał pomysł cyklu „Przemienienie”?

- O tak! Od bardzo dawna. Przypominam sobie, że w dzieciństwie, w wieku sześciu lat, kiedy potrafiłem już składać literki w słowa i zdania i przy odrobinie wysiłku mógłbym przeczytać prosty komiks, zamiast tego wolałem wymyślać własne dialogi do obrazków, z czego wychodziła zupełnie inna opowieść. Później w szkole podstawowej zaprzyjaźniłem się z chłopakiem z mojego osiedla i na lekcjach po kryjomu rysowaliśmy komiksy. Przy czym dla mnie było oczywiste, że jemu rysowanie przychodziło łatwiej i wychodziło lepiej, a on wielokrotnie powtarzał, że nawet przy gorszych rysunkach moje historie były i tak ciekawsze, bardziej spójne, wymyślne i zapadały w pamięć. Zresztą drzemały w nas artystyczne dusze i wykorzystywaliśmy każdą nadarzającą się okazję. Ktoś kupił starą maszynę do pisania – to wyrywaliśmy ją sobie z rąk i wystukiwaliśmy absurdalne wierszyki, żeby rozśmieszyć kolegów. Innym razem ktoś pożyczył kamerę ledwie na jeden wieczór – już kręciliśmy film. Magnetofon szpulowy – natychmiast robiliśmy słuchowisko. Ktoś kupił farby olejne – braliśmy się za malowanie na płótnie. Przychodziła zima – rzeźbiliśmy w śniegu. Wczesną wiosną jeździliśmy w jakieś odludne, malownicze okolice i robiliśmy sobie plenery plastyczno-poetyckie…
Wszystko to bez żadnego przygotowania, spontanicznie, jako samoucy, bo młodzieżowe kółka zainteresowań były dla nas zbyt nudne. Marzyliśmy o dużo większym rozmachu. Obaj próbowaliśmy tego wszystkiego po trochu i odrobinę w tym rywalizowaliśmy, ale dość szybko stało się jasne, że on zdecydowanie lepiej radzi sobie w kwestiach plastycznych, a ja – w tekstowych. Może dlatego już jako zbuntowani nastolatkowie, kiedy stworzyliśmy kapelę punkową, wiedzieliśmy że pisanie tekstów do piosenek będzie moim zadaniem… Ale muzykę jeszcze długo tworzyliśmy każdy od siebie. Tu akurat nasze zdolności były zbliżone i wreszcie mogliśmy w czymś współzawodniczyć. To nas ogromnie napędzało.

Czy były jakieś wcześniejsze próby literackie, choćby i „do szuflady”?

- W czwartej klasie szkoły podstawowej dałem temu mojemu koledze, Adamowi, moją pierwszą powieść do przeczytania. Oczywiście spisaną ręcznie, w zeszycie w szerokie linie. Pamiętam nawet tytuł: „Pieśń Prerii”. Adam mnie wtedy wyśmiał… ale miał rację. Z perspektywy czasu przyznaję, że był to straszny gniot. Zniechęciłem się, straciłem zainteresowanie do pisania prozą na kilka następnych lat i skupiłem się na poezji. Na początku szkoły średniej stworzyłem poemat na kilkadziesiąt stron. Był w klimacie futurystyczno-katastroficznym (taki jakby „Mad Max II”, tyle że dwunastozgłoskowcem… oczywiście wtedy jeszcze nie miałem okazji widzieć tego filmu). Tytuł też pamiętam: „Noc Zagłady Dla Eferu”. Adam po przeczytaniu tego poematu przybiegł do mnie jeszcze tego samego wieczora, bardzo podekscytowany. Gratulował, wyciągał z poematu daleko idące przemyślenia. Gadał o tym, jak najęty. To było niezwykle budujące. Polonistka też była wniebowzięta… I o ile pamiętam to nikt więcej już tego dzieła nie dostał do ręki. Tam, gdzie się wychowywałem literatura czy inne sztuki nie wzbudzały prawie żadnego entuzjazmu, więc nawet nie było komu się tym pochwalić. Potem skoncentrowałem się na rozwoju muzycznym, miałem już nowe kapele, z innymi ludźmi, a pisanie poematów zamieniłem na tworzenie muzyki i tekstów do piosenek. Czasami zdarzały się pojedyncze próby przelania czegoś na papier, np. „Kombajnowa 44” – purnonsensowa opowiastka dla pisemka studenckiego w Toruniu. Potem znowu długo nic, a w ostatnich latach kilka krótkich tekstów o różnym charakterze, zamieszczonych na portalu „Fantastyka”.

A co socjologa — bo takie ma pan wykształcenie — pociąga w pisaniu powieści?

- Pewnie te same motywy, które sto lat temu powodowały, że jakiś fotograf decydował się na zakup kinematografu i stworzenie pierwszego kina w miasteczku. Socjologia opiera się na badaniach, które mają charakter właśnie takich fotografii, obrazujących pewien stan społeczny tylko w określonym momencie i tylko pod takim, a nie innym kątem. Jeśli przyjrzeć się zdjęciom w jakimkolwiek albumie, choćby wykonanym w odstępie jednej minuty jedno po drugim, w głowie nierzadko rodzi się pytanie: co też mogło się wydarzyć akurat w tej minucie pomiędzy nimi? To jest zresztą jedno z najczęstszych pytań stawianych socjologom, o przyczyny różnych wyników badań – co takiego się zdarzyło, że doszło do jakiejś zmiany?
Powieść (zwłaszcza historyczna) jest jak kinematograf wprawiający w ruch zdjęcia (czyli posiadane przez nas skrawki informacji) i wypełniający w ten sposób luki pomiędzy nimi. Oczywiście takie wypełnienie jest tylko domniemaniem, a czasami wręcz fantazją autora, ale mimo to daje to lepsze wyobrażenie o sytuacji niż jedynie zbiór fotografii. I jeśli miałbym spojrzeć na pisanie książki okiem socjologa, to właśnie to stanowi najbardziej fascynujący mnie element.

Skąd wybór gatunku literackiego, jakim jest powieść przygodowo-historyczna?

- W ostatnich czasach ten gatunek niemal wymarł. A kiedyś trudno mi było wyobrazić sobie inny rodzaj ciekawej powieści, niż taka, która się dzieje w czasach historycznych. Rycerze, bitwy, pościgi, tajemnice, zakony, królowie, damy, dworskie umizgi, zamki, pałace, skarby, duchy… Wszystko przybrane w starodawne szaty jak w sztuce teatralnej. W ostatnich dziesięcioleciach gdzieś to się zagubiło w literaturze światowej. To bardzo dziwne, bo przecież jest ogromna rzesza potencjalnych miłośników tego gatunku, którzy de facto zastępują go uproszczonym ekwiwalentem w postaci fantastyki.
Od niedawna co prawda pojawiają się nieśmiałe próby na polu powieści przygodowo-historycznej, ale spora ich część z nich wydaje się zbyt mocno przesycona właśnie fantastyką, a inne przypominają raczej literaturę kobiecą. W klimacie nieco bardziej męskim, na niwie książek czerpiących w interesujący sposób z historii, zrobiła się niemal pustka. Uważam, że jest miejsce na jakieś inspirujące dzieło o dużych rozmiarach i wierzę, że cykl „Przemienienie” ma tu duże pole do popisu.

Jak narodziła się koncepcja „Przemienienia” jako cyklu rozgrywającego się we wczesnym Średniowieczu? Dlaczego wybrał pan właśnie ten okres?

- Kiedy czytałem kroniki Thietmara i Helmolda, tak barwnie napisane, obfitujące w niebywałe zdarzenia i gwałtowne zwroty akcji, stwierdziłem, że te teksty są już niemal gotową powieścią. Z niewielkim wysiłkiem można by z tego stworzyć coś naprawdę wystrzałowego. A że – jak wspomniałem – miałem dość długą przerwę w pisaniu i zachowywałem rezerwę wobec dużych form – postanowiłem zacząć przygodę pisarską od czegoś, co wydawało mi się stosunkowo proste. Miał to być taki rodzaj książkowej adaptacji fragmentów kronik o Słowianach Połabskich. Chciałem pójść na łatwiznę, a finalnie dałem się wciągnąć na głęboką wodę.

Czy wśród bohaterów swojej powieści ma pan ulubieńców?

- Jako autor patrzę na swoich bohaterów nieco innymi kategoriami niż czytelnik – trochę jak reżyser na aktorów, którzy grają w jego filmie. Każdy z aktorów ma swój potencjał, swoje wady i zalety, dlatego z jednymi współpracuje się lepiej, a z innymi gorzej. Ja taki potencjał pisarski dostrzegam przede wszystkim w postaciach Wilhelma, Dalemira i Gizeli – chociaż w każdej z nich z innego powodu. Wścibskiego i nieuznającego żadnych autorytetów Dalemira uwielbiam, bo po prostu „sam mi się pisze”. Wilhelm jako niezwykle inteligentny i tylko pozornie gruboskórny młody człowiek, postawiony w samym centrum splotu wydarzeń Królestwa Niemiec pozwala mi balansować między intelektem a emocjami – i to w różnych ich odcieniach. Gizela z kolei wcale nie jest łatwa do opisywania, ale mam bardzo oryginalny pomysł na jej zaprezentowanie i to mnie szalenie inspiruje. Sam jestem ogromnie ciekawy, jak mi ona ostatecznie wyjdzie.
Myślę, że wszystkich bohaterów udało mi się stworzyć dość odmiennie, każdy ma swoją osobowość, dlatego jak już mnie zmęczą Dalemir, Wilhelm i Gizela – to wypoczywam i dobrze się bawię z niemal każdym innym.

Podjął się pan dosyć karkołomnego zadania, jakim jest osadzenie akcji powieści w czasach bardzo odległych, dosyć słabo opisanych i udokumentowanych. Zapewne wymagało to solidnej i czasochłonnej kwerendy. Czy to prawda, że przygotowania do napisania cyklu zajęły panu aż 11 lat? I jak one wyglądały?

- Jak już mówiłem — chciałem pójść na łatwiznę, a wyszło odwrotnie. Wydawało mi się, że mam jak na tacy wyłożone materiały do stworzenia powieści i że wystarczy uzupełnić trochę wiedzę historyczną, żeby po nitce do kłębka dojść do sedna sprawy. Cóż, skoro nitka okazała się ogromną siecią o dużej liczbie splotów! Mógłbym co prawda ten temat jakoś okroić i skrócić do kilku epizodów z dziejów Połabia, ale było mi szkoda, ponieważ te wszystkie wątki tak pięknie się ze sobą wiązały, że aż się prosiło o powieść znacznie większego rozmiaru. Dlatego brnąłem w zbieranie i analizowanie materiałów dalej, dalej i dalej. Z drugiej jednak strony bardzo istotny wpływ na tak długi czas przymierzania się do powieści miał też szereg gwałtownych zawirowań w moim życiu osobistym. Rzuciłem wszystkie moje siły na odbudowanie spraw, które los mi zdmuchnął jak domek z kart. Trwało to długo i wymagało wyrzeczeń… ale udało się! Wyszedłem z tego boju nieźle poturbowany, za to wzmocniony na duchu i z nowymi przemyśleniami na temat różnych spraw wokół mnie. Teraz mogę wreszcie podjąć to wyzwanie, o którym marzyłem jako nastolatek i spróbować swoich sił w literaturze jako człowiek dużo bardziej dojrzały.

Z jakich źródeł pan korzystał?

- Z wielu. Nie wiem, czy jest sens wszystkie je tu przytaczać, żeby nie zanudzać czytelników. Wymienię może część tych, które były mi najbardziej pomocne w trakcie pisania pierwszego i drugiego tomu. Są to kroniki: Thietmara, Helmolda, Kosmasa, Adama Bremeńskiego, Saxo Gramatyka, Żywot Ottona z Bambergu, Nestora, Wielkopolska, Kadłubka, Długosza oraz poemat Widsith i kilka sag Germańskich… Czerpałem również ze źródeł arabskich i żydowskiich jak choćby zapiski pochodzące od takich autorów jak: Ibrahim ibn Jakub, Abu Zayd al-Balkhi, czy Al-Masudi. Ponadto były to opracowania historyków, takich jak: Jerzy Strzelczyk, Jan M. Piskorski, Andrzej Kokowski, Karol Modzelewski, Piotr Łukasz Grotowski, Zofia Kurnatowska, Łucja Okulicz Kozaryn, Andrzej Michałek, Leszek Moczulski, Witold Chrzanowski, Robert F. Barkowski, Przemysław Urbańczyk, Gerard Labuda…
Do tego trzeba dodać pewnie kilkanaście artykułów z prasy i portali, książki nt. mitologii Germanów, Słowian, czy ogólnie ludów starej Europy, Kabałę Żydowską z jej kluczowymi pozycjami (swego czasu miałem okazję uczenia się trochę hebrajskiego), korzystanie z wiedzy na temat etymologii lub odkryć archeologicznych…

Jak czytamy na okładce książki: „temat, który pierwotnie miał być ciekawą „przygodówką” z burzliwą historią w tle, okazał się mieć drugie dno… a nawet trzecie…”. Brzmi tajemniczo… Czy możemy chociaż trochę uchylić rąbka tej tajemnicy?

- Uwielbiam czytać powieści, które oprócz ciekawej fabuły mają w sobie coś w rodzaju „bonusu dla uważnych czytelników”. Są to czasami niewypowiedziane, ale rzucające się w oczy podobieństwa do tego, co się dzieje w obecnej rzeczywistości. Coś, co pozwala czytelnikowi, który to zauważy, na dodatkową refleksję, a z drugiej strony, jeśli to nawet przeoczy, niczego nie traci z głównego przekazu książki. Od razu jednak uprzedzam, że owo drugie dno w „Przemienieniu” nie jest moim zabiegiem celowym. Tak po prostu wyszło podczas zbierania materiałów. Potwierdza się stara maksyma mówiąca o tym, że historia lubi się powtarzać, a dzieje Połabia z X i XI wieku czasami wydają się wręcz kalką naszych czasów. Ja sam odnajduję niekiedy zabawne zbieżności w tomie pierwszym i skończonych już rozdziałach tomu drugiego jeszcze długo po ich napisaniu. Innym rodzajem takiego bonusu dla czytelnika jest zawoalowana, ale rozwijająca się równolegle z akcją idea - gdzieś w dalekim tle - prawie niedostrzegalna dla kogoś, kto zamierza szybko „połknąć” książkę. Uważny czytelnik może bawić się w odgadywanie jej znaczenia dla całości cyklu i tego, jak się rozwinie. Co z kolei jest już celowym zabiegiem autora, chociaż w przypadku „Przemienienia” natrafiłem na tę ideę niechcący podczas wieloletniego gromadzenia materiałów. Można to potraktować jako swego rodzaju hipotezę, pytanie, którego nikt wcześniej nie stawiał w ten sposób. Coś w rodzaju zabiegu zastosowanego w książce „Kod Leonarda Da Vinci” albo w filmie „Szósty Zmysł”, chociaż w „Przemienieniu” mam szeroką rozpiętość czasową i mogę ten wątek rozwijać spokojnie i powolutku.

„Zakładnik obietnicy” jest pierwszym tomem I Księgi cyklu „Przemienienie”. Ile części będzie sobie liczył cały cykl i jaki okres historyczny obejmie?

- Wszystko wskazuje na to, że będą to cztery księgi, z których każda będzie miała po cztery tomy. Cały cykl rozciąga się na blisko 150 lat, a więc z nie ma szans, aby któryś z obecnych bohaterów dotrwał do ostatniego tomu. Właściwie każda księga, to pewien przeskok w czasie i zmiana postaci. A jednak wszystko powiązane jest ze sobą nie tylko dziejami, ale też ową schowaną w dalekim tle ideą.



Kiedy możemy się spodziewać drugiego tomu „Zakładnika…’?

- Ukończyłem pisanie około dwóch trzecich drugiego tomu. Będzie on z pewnością obszerniejszy niż pierwszy, który należy traktować trochę jak wprowadzenie do opowieści i przedstawienie poszczególnych postaci – choć i tam nie brakowało przygód, spisków i tajemnic. W drugim tomie akcja mocno nabiera tempa, pościgi, walki, pojedynki i bitwy będą na porządku dziennym. Spodziewam się, że ta część przypadnie do gustu szczególnie mężczyznom, ale zachęcam do niej również panie, bo pierwiastek kobiecy będzie miał z tomu na tom coraz większe znaczenie. A kiedy tom drugi ukaże się w sprzedaży? Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku.
Izabella Jarska
 
Zapisz się do newslettera:
Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celach marketingu usług i produktów partnerów właściciela serwisów.