Nie traktuję śpiewania jak pracy — rozmowa z Olgą Boczar

Dodano: rok temu Autor:
Redakcja poleca!

Wywiad Izabelli Jarskiej z jazzmenką Olgą Boczar. Gospodarzem i Mecenasem wywiadu jest Salon Medi SPA w Warszawie.

Nie traktuję śpiewania jak pracy — rozmowa z Olgą Boczar.

 
- Zgadzam się z powiedzeniem, że ten, kto wykonuje swój zawód z pasją, ten nigdy nie pracuje. Ja kocham to, co robię. Uwielbiam śpiewać, grać, pisać piosenki, a także uczyć innych — mówi Olga Boczar wokalistka jazzowa i kompozytorka. Jej debiutancki album zatytułowany „Little inspirations” był nominowany do tegorocznej nagrody muzycznej Fryderyki.
I.J. : Pochodzi Pani z Beskidu Niskiego. Czy Pani zdaniem górale mają muzykę we krwi?
O.B.: Myślę, że jest to sprawa indywidualna. Chociaż zapewne w górach muzyki gra się więcej niż w innych regionach. W góralskich domach jest wiele instrumentów, amatorsko gra się ludowiznę, a górale z pokolenia na pokolenie przekazują sobie miłość do muzyki.
 
I.J. : Ma Pani gruntowne wykształcenie muzyczne — czy zamiłowanie do muzyki wynika z rodzinnych tradycji?
O.B.: Owszem, w mojej rodzinie było wielu muzyków: dziadek, tata, ciotki. Tata gra na akordeonie i fortepianie, jest również nauczycielem muzyki, dziadek do dzisiaj jest czynnie grającym organistą. Cała moja rodzina zawsze śpiewała i grała na różnych instrumentach — na flecie, trąbkach, akordeonie. Podczas rodzinnych imprez okolicznościowych muzyka zawsze była obecna w moim domu.
 
I.J. : I Pani tym przesiąkła?
O.B.: Tak, musiałam tym przesiąknąć. W moim domu było tyle muzyki, tyle radości z muzykowania, tak bardzo była ona obecna w moim życiu od wczesnego dzieciństwa, że trudno było tego nie przejąć. Jedna z moich ciotek i jednocześnie moja matka chrzestna grała na flecie poprzecznym. Zawsze słuchałam jej gry z wielkim podziwem, dlatego też poszłam jej drogą, wybierając ten sam instrument w szkole muzycznej.



I.J. : Chciała Pani iść do szkoły muzycznej, ale czy nigdy potem nie żałowała Pani tego wyboru, chociażby dlatego, że nauka pochłaniała więcej czasu niż w szkołach innego typu?
O.B.: Miałam takie chwile, bo przez cały okres swojej edukacji chodziłam do dwóch szkół jednocześnie — muzycznej i zwykłej, przez co niewiele czasu wolnego mi zostawało. Był też moment pod koniec nauki w szkole podstawowej, kiedy miałam wrażenie, jak się później okazało mylne, że to rodzice bardziej chcą, abym uczęszczała do szkoły muzycznej niż ja sama. Oświadczyłam wtedy rodzicom, że w liceum chciałabym się skupić na innych przedmiotach i już nie chcę kontynuować nauki w średniej szkole muzycznej. Myślałam, że będą temu przeciwni, ale tata zasugerował, że dobrze, że doszłam do takiego wniosku. Mama się ucieszyła, że może będę w związku z tym miała jakiś normalny zawód np. lekarza albo prawnika. Wtedy zdałam sobie sprawę, że to nie wola rodziców tylko mój własny wybór, a ja naprawdę kocham muzykę. Ostatecznie sama złożyłam dokumenty do średniej szkoły muzycznej.
 
I.J. : Później skończyła Pani studia muzyczne w Katowicach, na dosyć obleganym wydziale wokalistyki jazzowej. Dostała się tam Pani za pierwszym podejściem?
O.B.: Tak, zostałam przyjęta za pierwszym podejściem. Myślę, że w pewien sposób ta uczelnia była mi pisana, a studia na niej były spełnieniem moich marzeń. Od kiedy usłyszałam o tej uczelni, gdzieś z tyłu głowy miałam myśl, że moim marzeniem jest tam studiować. U mnie w domu zawsze było nastawienie raczej na instrumenty niż na śpiew. Rodzice powtarzali mi, że warto uczyć się gry, bo zaśpiewać każdy może a zagrać na instrumencie już nie, a śpiewanie to nie jest zawód. Pojechałam na dni otwarte Akademii Muzycznej w Katowicach, ponieważ chciałam tam zdawać na wydział jazzu na flet poprzeczny. Jeden z  prowadzących zajęcia zapytał mnie czy piszę jakieś utwory, gdy potwierdziłam, poprosił mnie, abym je zaśpiewała. Po wysłuchaniu poradził mi, abym zdawała na wydział wokalny. Posłuchałam jego rady i pojechałam na egzaminy wstępne. Podeszłam do nich bez stresu, uważając, że i tak ostatecznie będę studiowała grę na flecie. Nieoczekiwanie i ku mojej niesamowitej radości dostałam się na wydział wokalny.
 
I.J. : A później — po studiach — czy kiedykolwiek pomyślała Pani, że rodzice mieli rację, mówiąc, że śpiewanie to nie zawód?
O.B.: Nigdy nie uważałam, że wokalistyka to nie jest zawód, ale z drugiej strony nie traktuję śpiewania jak pracy. To jest moja pasja. Zgadzam się z powiedzeniem, że ten, kto wykonuje swój zawód z pasją, ten nigdy nie pracuje. Ja kocham to, co robię. Uwielbiam śpiewać, grać, pisać piosenki, a także uczyć innych. Dlatego absolutnie nigdy nie przyszło mi na myśl, że mogłabym zajmować się czymś innym.
 
I.J. : A co Pani robi, gdy trafi na wyjątkowo uzdolnionego ucznia? Czy otacza go Pani jakąś specjalną opieką?
O.B.: Staram się otaczać opieką wszystkich moich uczniów. Wydaje mi się, że daję z siebie wszystko tym wybitnie utalentowanym uczniom, a także tym mniej. Jeżeli widzę kogoś szczególnie uzdolnionego, a przede wszystkim, jeśli czuję, że ktoś śpiewa z pasją, to mogę z kimś takim pracować niemal bez końca.
 
Olga BoczarI.J. : Czy pasja może zrekompensować niedobór talentu?
O.B.: Pasja nie może zupełnie zastąpić talentu, ale sam talent nie wystarczy, gdy nie ma pasji. Mam wśród uczniów osoby wybitnie utalentowane, jeśliby poświęciły chociaż odrobinę więcej czasu na ćwiczenia, osiągnęłyby w muzyce wielkość. Jednak przez to, że brak im pasji i determinacji często stoją w miejscu – mimo że ta droga nie wymagałaby od nich aż tak dużego wysiłku. Natomiast ludzie z mniejszym potencjałem muzycznym, ale pełni motywacji i systematyczności w ćwiczeniu idą do przodu i często potem okazuje się, że zachodzą dużo dalej.
 
I.J. : Pani łączy i talent i pasję, nie stoi Pani w miejscu. Kilka lat temu założyła Pani swój własny zespół. Powstał on z potrzeby serca czy potrzeby chwili?
O.B.: Zaczęłam pisać utwory i tworzyć muzykę. Miałam własny repertuar i chciałam mieć przy sobie muzyków, którzy znają te utwory i czują tę samą energię co ja. Siłą rzeczy nie było innego wyjścia niż założenie swojego stałego zespołu, który istnieje od czterech lat. Teraz razem koncertujemy i wspólnie nagraliśmy album, który ukazał się w zeszłym roku.
 
I.J. : No właśnie, Pani debiutancki album „Little inspirations” był nominowany do tegorocznych Fryderyków. Czym dla Pani był nominacja do tej prestiżowej nagrody?
O.B.:  Chyba każdy muzyk marzy o tym, żeby go zauważono. Moim zdaniem Fryderyki to najważniejsza polska nagroda muzyczna. Sama nominacja do niej była dla mnie olbrzymim wyróżnieniem. To było dla mnie naprawdę wielkie zaskoczenie i jeszcze większa radość. Sam fakt nominacji dodał mi jeszcze większej motywacji do pisania nowych piosenek i grania koncertów.
 
I.J. : Jest Pani piękną kobietą - jak dba Pani o swój wygląd?
O.B.:  Podstawą jest zdrowe odżywianie, dlatego staram się jeść odpowiednie produkty i dostarczać organizmowi potrzebne składniki odżywcze. W dni wolne od pracy preferuje aktywny wypoczynek, najczęściej jeżdżę na rolkach, rowerze, czasami bywam też na siłowni.


Rozmawiała Izabella Jarska
Zdjęcia Art Imperium
Gospodarz i Mecenas wywiadu: Salon Medi SPA, ul. Nałęczowska 5 w Warszawie.

Olga Boczar, Izabella Jarska i Magdalena Woźniak- Salon Medi SPA Warszawa Sadyba

Jazzowy feeling - rozmowa z muzykami Atom String Quartet
Naśladownictwo nie ma sensu - rozmowa z Izabellą Jarską