Dzisiaj jest: 17.6.2018, imieniny: Laury, Leszka, Marcjana

Tomasz Wybranowski, fragment powieści - Zdychanie głupca

Dodano: 4 lata temu Czytane: 2348

Tomasz Wybranowski, fragment powieści „Zdychanie głupca” (data wydania: grudzień 2014 / styczeń 2015). Powieść będzie zilustrowana fotografiami i rysunkami Barbary Owczarewicz.

Tomasz Wybranowski, fragment powieści - Zdychanie głupca
Tomasz Wybranowski, fragment powieści „Zdychanie głupca”
 
Dziwny. Dziwny. Dziwny. Wstałem, bo nagle zrobiło się chłodno. Dziwny. Zdjąłem przemoczone i cięższe o parę kilo Martensy, podwinąłem nogawki i wolno pomaszerowałem wzdłuż molo po ostrych, małych i białych kamykach w kierunku małego cypla, który porastała wspaniała, gęsta trawa i różane krzewy. Dziwny. Położyłem się w zieleni. Głową przylgnąłem do ziemi, aby poczuć jej oddech, zapach i niezmienne, dostojne trwanie. Poczułem złość na samego siebie, że przez wieki całe nie zrobiłem tego. Było mi przyjemnie. Nowa fala błogości zalała całe ciało. Głowa wtulona w ziemię, jej usta, brunatność oddechu odpoczywała. Beżowo – pomarańczowe niebo, tlące się roztopionym zachodzącym słońcem, zmąciło spokój wody. Nawet gdybym teraz zobaczył chóry anielskie i dostał do podpisu listy obecności o mojej przydatności w niebie z parafką św. Piotra, nie zrobiłoby to na mnie najmniejszego wrażenia.

Trwałem tak w wyciszeniu, od- myśleniu totalnym godzinę, może trzy. Nad wodą zrobiło się pusto i cicho. Słyszałem spadające płatki róży z krzewów i scherzo nadciągających komarów, szelest skrzydeł zabłąkanej ćmy i pląsy ryb pod taflą wody. Zapaliłem papierosa. Komary, te nadwodne hieny, ruszyły śmielej w poszukiwaniu żeru. Nikły dym tytoniu zachęcał je jeszcze bardziej do ataku.

...

Tomasz Wybranowski, fragment powieści - Zdychanie głupca. Foto: Barbara OwczarewiczW barze zamówiłem dwie kanapki. Kupiłem jeszcze piwo i trzy paczki papierosów. Nagle znieruchomiałem. W kącie sali, pod antresolą z sosnowego drzewa siedziała młoda kobieta i piękna kobieta. Czarne włosy opinały kształtną i delikatną szyję. Od czasu do czasu, od niechcenia, delikatnie poprawiała je usiłując usidlić niesforny kosmyk. Znałem jej dłonie, smukłe palce, wypukłości paznokci. Znałem ją. Tak jak i kształtnie, nienagannie, klasycznie skreślone ołówkiem Stwórcy usta. Czysta czerwień ust pulsowała hipnotycznie. Tak jak i oczy o brązowych tęczówkach, w których krył się gotycki oddech sag i zdarzeń o miłości bohaterskiej, totalnej i tej na zawsze. Kryły się w nich srebrzystością i mgielnym szalem wszystkie wschody i zachody Księżyca. Alabastrowa skóra dodawała jej dostojeństwa i majestatycznej gracji. Kształtne piersi usidlone w czerwoną suknię dorównywały tym zaklętym w rzeźbie Afrodyty z Rodos. Cała jej postać tliła się wyraźnie na mapie przeszłych snów, marzeń i pragnień. Ona była jej kwintesencją. Głowę przewiercała jedna myśl: To Ona!

Obserwowałem ja przez. Ona patrzyła na mnie. Jej spojrzenie przetykane było tkliwością, ale i smutkiem. Nie zastanawiałem się nad tym, co zrobić, ani jakich słów wydobyć z gardła. Intensywnie zastanawiałem się nad tym, co Ona tutaj robi. Umęczona bogini w dusznym barze nad małym zalewem? Niedorzeczne a jednak... Była tak blisko. Niecałe pięć metrów ode mnie. Na wyciągnięcie powitalnych słów: Witaj wreszcie... Ubrana była w czerwoną suknię, która po mistrzowsku podkreślała jej kobiecą delikatność, nienaganne w każdym calu ciało, miękkość ruchów, grację i majestat, słodycz ciepła przełamaną kostkami lodu smutku.

Kochałem kobietę w zapomnianym miejscu dawno, dawno temu. Kochałem kobietę bez grama światła, bez oczu innych ludzi. Kochałem kobietę. I było prosto, najprościej, dobrze. Kobieta kochała mnie. Dzwoniła do mnie, kiedy nie mogła usnąć. Czytałem jej wtedy wiersze. Gdy byłem blisko w jej małym apartamencie, wtedy żyłem jej spojrzeniem, parzyłem herbatę i w milczeniu wpatrywaliśmy się w wielką wodę za jej oknem. Kobieta kochała mnie, ale oto pewnego poranka obudziłem się z pękniętą głową. Nie mogłem żyć z myślą, że nie jest wolna. Nie straszne było przeświadczenie, że ktoś inny dotyka jej ramion, włosów, ust. Było mi obojętne to, że inny mężczyzna, co rano i wieczór ogląda te same ściany sypialni. Bolało mnie moje niezdecydowanie. Słabość podpowiedziała scenariusz dalszego ciągu miłości a właściwie jej końca.  Stchórzyłem! Chciałem mieć złudne poczucie spokoju. Oto ja sprawiedliwy, bowiem prawo moralne i boskie zwyciężyło nad złym romansem. Wylałem całą pamięć o niej do zlewu. Tak jak się to robi z resztką kawy parzonej z brązowymi stadami fusów. Mrugnięcie okiem i zgasiłem wielki płomień, która nagle okazał się małą, spaloną zapałką, która dała życie papierosowi. Ulga. Zwolnienie od uścisku serca, wreszcie obniżenie poziomu krwi i zanik poczucia strachu. Nosiłem to w sobie trzy dni zanim powiedziałem jej o tym na czerwcowej, rozpalonej asfaltem ulicy. Powiedziałem, że muszę to skończyć, ponieważ to nie miłość, ale podły występek. Wypowiedziałem jeszcze listę totalnych bzdur, w które sam nie wierzyłem. Nawet zaplątałem w to jej męża. Twierdziłem, że na pewno ją kocha, że jesteśmy egoistami. Wreszcie wykrzyczałem, że nie zasługuję na jej miłość. Chciałem się nawet rozpłakać w udanym geście rozpaczy nad beznadziejnością naszej miłości, ale ciało powiedziało dość! Nie wypowiedziała ani jednego słowa. Stała nieruchomo w skwarze czerwca. W pełnym słońcu dostrzegłem jedynie jak z jej twarzy znika radość nadziei a rodzi się ból rozczarowania wpięty w bukiet żalu i dumnej, pysznej złości. Kochała mnie. Wciąż...

Tamte dni napełniały mnie strachem, że niepowołani ludzie odkryją nasza tajemnicę. Strach przez kompromitacją i trafieniem na listę przebojów plotkarzy skundlonych małością ich żywotów stał się moim powietrzem. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że wreszcie będą musiał stanąć przed lustrem prawdy. Musiałbym wtedy walczyć o tę miłość do ostatniego tchnienia. Stałbym się tematem numer jeden dla znajomych. Przez tysiąc i jedną godzinę byłbym omawiany, pomawiany, krytykowany, wyśmiewany... co jeszcze? Zgryźliwe uszczypliwości, słowa zroszone cynizmem przerażały mnie. Nie chciałem tego! Wołałem wybrać kłamliwą ścieżkę miłosiernego błazna, który płaczem i fałszywym smutkiem wykupuje sobie spokój i pobyt na łące tak zwanej cywilizacyjno – społecznej poprawności. Byłem błaznem i miałem tego świadomość. Wygoda i święty spokój w majestacie szarych prawd życia znieważyły uczucie do niej. Kilka krótkich słów przemieniły jej nowy świat w apokalipsę. Oto ukrzyżowała na wzgórzu Miejsca Czaszek wyobrażenia o tej miłości i złudzenie trwania w niej od początku. Gdyby porwana została przez demona w najniższe kręgi piekielne, to nie wywarłoby na niej żadnego wrażenia. Tkwiła znacznie głębiej. Piekielny ogień i arogancja Lucyfera byłyby pierwszymi realnymi przesłankami prawdy istnienia. Wiem, że podczas tej krótkiej chwili nadal mnie kochała, zamrażając na dnie kufra wspomnień pierwszy nieśmiały pocałunek, stertę żółtych słoneczników przyniesionych przez posłańca i szaleńczy akt miłości na zbiorkach wierszy Herberta i Leśmiana w kłosach niedojrzałego jeszcze zboża. W jednej chwili stałem sie przeklętym wspomnieniem, kilogramami zbędnej makulatury i niedojrzałym gnojkiem. Chciałem, Boże jak chciałem wykrzyczeć to, co czuję naprawdę! Tak chciałem krzyczeć, że boję się tak samo jak ona, może jeszcze bardziej! Ale zrozumiałem w ułamku czczej i przygnębiającej chwili, że powiedziałem o jedno słowo za dużo. Są takie chwile, kiedy wydaje się, że jest jeszcze szmat czasu, aby wszystko poukładać, złożyć i usystematyzować a ciąg przypadkowych słów zebrać w sensowne zdanie. Albo dwa. Pocieszamy się tym, że wszystko kontrolujemy, jutro zaś będzie wybawieniem i otwierającymi się drzwiami spełnienia. Mija noc, pięć, sześć godzin odkąd pod zmiętym kocem i piramidą poduszki ukryliśmy głowę pełną obietnic i stuprocentowych zapewnień, że jutro wiatr przewieje serce i wszystko stanie się proste. Świt poraża szarą wstęgą niewypierzonych barw, chłodem i zdychającym snem. Poranna kawa obmywa spękany i milczący język. Gwieździsty, pełen snów o potędze zmierzch stał się odległym punktem a misternie tkany od tygodni plan działania na najbliższe kilka godzin jest tylko małą, nagą i przerażoną na pustej przestrzeni łóżka zabawką. Spogląda na nią już nie naiwne dziecko, ale człowiek, który rozpoznał w sobie smak rozczarowania. Za późno! Odpowiadam za siebie. Ale wiem, że jest już za późno. Chcę być z Nią teraz, ale jest już pół minuty za późno! Dym z papierosa staje się naprężoną linia życia żałośnie tkwiącą pod sufitem harmoniki nieba. Uciekaj! Uciekaj! Uciekaj! Za późno także. Za późno! Późno! Cienie i rozłożyste korony drzew sunące jak czołgi zieleni przemienienia przypominają jedynie wczorajsze rozmowy z samym sobą. Za późno, bo nikt już nie czeka. Gram już tylko dla siebie i do samego siebie. Gram dla idei wplecionych w wieczorny bukiet myśli. Idei, które stały się tylko hasłem, sloganem i zbrukanym przez mocz pijaków wyborczym plakatem. Wiem tylko, że dane mi będzie usnąć za drutem kolczastym niespełnienia. Za późno, znowu za późno, obudziłem oczyszczającą burzę w dolinie mojego prawdziwego Ja.

...

- Kim jest ta kobieta? – spytałem barmanki.
Wzruszyła jedynie ramionami w wielkim zdziwieniu, o kogo też pytam.
- Jaka Kobieta?! – spytała. – Od kilku minut stoi pan tutaj i gapi się na puste krzesło. A ja gapię się na pana. Już miałam krzyknąć, albo pana szturchnąć. Wystraszył mnie pan.
- Długo?
- Co długo?
- Jak długo tak się zachowywałem...
- Jakieś piętnaście minut. To dobrze czy źle?
- To zależy...
- Od czego – barmanka spytała mnie z zainteresowaniem i pewną dozą zadziwienia, o co też mi może chodzić.
- Od obiektu, w który wpatruje się człowiek, osoby, dla której można zabić, oszaleć i pisać miłość własną krwią...
- To może popiszemy coś razem? – spytała bez skrępowania. – Kończę o dwudziestej pierwszej...
- To ma pani jeszcze przed sobą godzinę – odpowiedziałem na propozycję patrząc na plastykowy, obskurny chiński zegar ścienny. – Nie przeszkadzam. Dobrego wieczoru.

Rozkwitająca noc przywitała mnie nierówno padającym deszczem. Kocham deszcz, kocham chłód i kocham jesień, która zbliżała się. Szedłem w kierunku drogi prowadzącej do głównej trasy N – S. Zastanawiałem się nad fenomenem moich projekcji marzeń. Nigdy nie spotkałem jeszcze tej Kobiety a mimo to znam ją. Jest w zakładkach moich snów, przewija się w nocnych rozmyślaniach, znam na pamięć przypadki jej ciała, wiem jak smakuje dotyk, jak dźwięczy jej głos. Ale czy to możliwe? Czy można tak czuć kogoś, kogo niedane było zobaczyć, porozmawiać, uścisnąć? Dokonywało się we mnie wielkie przypominanie pragnień i marzeń z Nią w roli głównej. Była przecież moją glorią i chwałą na wysokościach. Była arką przymierza i wieżą z kości słoniowej. Będąc z kimś zawsze prześladował mnie jej widok, spojrzenie brązowych oczu i dźwięczny głos, który mówił do mnie, przyzywał: to jeszcze nie to, jeszcze nie teraz. Jeszcze nie... Moje wieczorne litanie do niej i antyfony były dłuższe, od tych zapisanych w katolickich książeczkach do nabożeństwa. Była we mnie. Jak długo? Od zawsze, od pierwszej tęsknoty i uderzenia serca. Muszę ją odnaleźć.
...
Foto Barbara Owczarewicz

Tomasz Wybranowski, fragment powieści „Zdychanie głupca” (data wydania: grudzień 2014 / styczeń 2015). Powieść będzie zilustrowana fotografiami i rysunkami Barbary Owczarewicz.


 
Zapisz się do newslettera:
Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych w celach marketingu usług i produktów partnerów właściciela serwisów.