Beksiński tak malował jak każdy z nas mówi, je i pije, w sposób naturalny

Dodano: 4 lata temu Autor:
Redakcja poleca!

W rocznicę urodzin i tragicznej śmierci Zdzisława Beksińskiego z Piotrem Dmochowskim, przyjacielem, marchandem i promotorem jego twórczości rozmawia Tomasz Wybranowski.

Beksiński tak malował jak każdy z nas mówi, je i pije, w sposób „naturalny”

Motto: „Dla mnie to, czym się zajmuję, jest po prostu tylko formą egzystencji.” – Zdzisław Beksiński

 
W rocznicę urodzin i tragicznej śmierci Zdzisława Beksińskiego z Piotrem Dmochowskim, przyjacielem, marchandem i promotorem jego twórczości rozmawia Tomasz Wybranowski.
 
Tomasz Wybranowski: O Pablo Picasso mówiło się, że jest „twórcą i niszczycielem”. Jak określiłby pan Zdzisława Beksińskiego? Wiele osób utożsamiało jego stan ducha przez pryzmat jego malarskich dzieł.
Piotr Dmochowski: O Picassie można tak było mówić, bo miał on pewien program, ba!, całą filozofię zniszczenia sztuki, którą uważał za skostniałą. Trafne spostrzeżenie także dlatego, że Picasso w zamian umiał zaproponować coś prawdziwie nowego i koherentnego. Do mnie to co robił nie przemawia. Muszę jednak przyznać, że o ile wielu artystów byłoby zdolnych robić rewolucje, aby zniszczyć dawny ład, to naprawdę niewielu zdołałoby na to miejsce zbudować coś nowego i trzymającego się kupy.

T.W.:  Nigdy nie przejawiał rewolucyjnych tendencji i zachowania?
Piotr Dmochowski: Otóż Beksiński tylko w młodości miał takie zamiary rewolucji i zbudowania nowego świata, o czym świadczy jego artykuł o kryzysie w fotografii i o środkach jego przezwyciężenia. Potem poddał się on całkowicie swej podświadomości i zaczął najpierw rysować to co mu podszeptywały jego ukryte mechanizmy zboczeń seksualnych, a następnie zaczął malować to co mu niejako ślina na język przynosiła. To znaczy zaczął malować to, co mu spontanicznie „wychodziło” i „się” malowało. Nie kontrolował w trakcie tworzenia już niczego i dawał się ponosić czystemu natchnieniu, bez udziału żadnego mechanizmu świadomej refleksji.

T.W.:  Czy dochował sobie wierności w materii niezłomności ducha?
Piotr Dmochowski: Tylko dwukrotnie zmusił się do malowania tak jak tego chciał rozum a z nim interes. Raz, zaraz po tym jak się ze mną związał, postanowił, trochę za moją namową, „odgrzać kilka starych kotletów”. To znaczy namalował dla mnie kilkanaście obrazów w stylu jakiemu dotychczas hołdował, choć właśnie chciało mu się wówczas zacząć malować inaczej. Drugi raz to zdarzyło się, gdy niejako wymusiłem na nim by namalował kilkanaście obrazów bez ewidentnych rekwizytów śmierci. Co zrobił z największa niechęcią i, powiem wprost: „spartolił” właściwie prawie wszystkie obrazy z tej serii (oznakowane z tylu litera „Z” jak „zamówienie”).

T.W.: W jednym z wywiadów Zdzisław Beksiński powiedział: „malowanie Jego to nic utylitarnego, nic z moralizowania społeczeństwa, to moja potrzeba tworzenia. Bez malowania, rysowania po prostu nie mogę znaleźć sobie miejsca”.
Piotr Dmochowski: To zdanie potwierdza moje uprzednie wyjaśnienie. Jemu tak to wychodziło bez zastanawiania się czy to w jakiś sposób wpływa na ludzi, czy nie. Nie dbał o to czy z czymś kojarzyć się będzie jego malowanie. Nie myślał o tym czy przestrzega przed czymś czy naucza. Jednym słowem nie dbał o to jak to inni przyjmą. To zresztą nic nadzwyczajnego. Ja spotkałem szereg twórców którzy uparcie malują to co im do głowy spontanicznie przychodzi, choćby publiczność tego nie cierpiała. Po prostu, jak to mówił Mistrz, dlatego że „jest to (ich) forma egzystencji”. Bez tego nie mogą żyć i choćby mieli cierpieć biedę i brak uznania to będą tak tworzyli a nie inaczej. Beksiński tak malował jak każdy z nas mówi, je i pije, w sposób „naturalny”, bez angażowania żadnego zamysłu filozoficznego, politycznego czy artystycznego. On w żadnym razie nie uważał się za proroka, nauczyciela czy wodza. On malował tak jak był.

T.W.: Czy dramatyczne doświadczenia życiowe, w tym choroba i śmierć żony, neurotyczne stany syna Tomasza, miały wpływ na proces Jego „zamykania się w sobie”. Niektórzy krytyce twierdzą, że ostatni okres Jego twórczości to „zasklepienie się w samotności i bólu”.
Piotr Dmochowski: Absolutnie nie ma żadnego związku pomiędzy twórczością a osobistym życiem Zdzisława Beksińskiego. Jego najbardziej tragiczne obrazy (w rozumieniu publiczności, bo on sam nawet nie zauważał ich tragizmu) przypadają na okres, gdy jeszcze jego matka nie dogorywała miesiącami sparaliżowana w ich mieszkaniu, jego zona nie czekała jeszcze na pękniecie aorty i natychmiastowa śmierć, a Tomek od długiego już czasu nie popełniał prób samobójczych. Wręcz odwrotnie nawet! Jego malarstwo pod koniec życia, jak już się zwaliły na niego wszystkie te nieszczęścia, jakby się „uspokoiło”.

T.W.: Ale oglądając jego obrazy odczuwa się lęk, pewną dozę strachu. Wręcz chłód, który otula widza jego prac. Zdzisław Beksiński był nieczuły na sinusoidę swojego życia? Niczego się nie lękał w nurcie stoickiego spokoju?
Piotr Dmochowski: Jedynym wpływem na predylekcje jaką miał w wyborze rekwizytów na swoich obrazach to jego okropny lęk przed śmiercią oraz nieustanne bóle głowy i dróg żółciowych, na jakie cierpiał całe życie. Sądzę, że podświadomie wpływało to na jego pesymistyczny nastrój, że i tak „wszystko do dupy”, jak to napisał w swojej pracowni w widocznym miejscu.

T.W.: Nie lubił tworzyć na zamówienie, był niepokorny wobec tak zwanego „rynku” a z drugiej strony cieszył się z każdego sukcesy, dobrej recenzji, pochwał. Ciężko było pracować z Mistrzem wiedząc, że pewnych rzeczy po prostu nie zrobi?
 
Piotr Dmochowski: Mnie jako „galerzyście” było bardzo ciężko z nim pracować, właśnie dlatego że nie chciał malować tak jak tego pragnęła publiczność. Bo gdyby potrafił tworzyć na zamówienie, chociaż jak mówiłem wcześniej, raz to dla mnie zrobił i chybił,  to byłby zamożnym twórcą, którego kolekcjonerzy by sobie dosłownie „rozrywali” i „wyrywali”. A i ja, jako jego marszand, miałbym wygodne i dostatnie życie.

Zdzislaw Beksinski - Obraz 1976 


T.W.: W odczuciu wielu krytyków i znawców sztuki prace Zdzisława Beksińskiego, pełne uniwersalnych przesłań odnoszą się do personalnie do jednego człowieka, konkretnego odbiorcy i jego percepcji. Zdaje się mówić kreską i kolorem: „Oto patrzycie na rzeczy totalne, na rzeczy tchnące eschatologicznym oddechem bytu, ale tak naprawdę musicie zobaczyć siebie, swoje grzechy zaniechania i odwracanie głowy”.
Piotr Dmochowski: Ja tak tego nie odbieram. Ta opinia stosuje się do tylko do publiczności a nie do Beksińskiego. On niczego dla nikogo i do nikogo nie odnosił. To publiczność upatruje się w tych obrazach jakiegoś przesłania, poszukuje wskazań, pouczeń, albo apeli.

T.W.: Dwa osobne byty?
Piotr Dmochowski: Beksiński prawdziwy a obraz Beksińskiego jaki wyrabia sobie publiczność na widok jego prac, to dwie zupełnie odrębne historie.

Dziękuję za rozmowę.
Tomasz Wybranowski
Fotografie ze zbiorów Piotra Dmochowskiego
 
Piotr Dmochowski (1942): prawnik, z zamiłowania kolekcjoner dzieł sztuki. W 1964 r. wyemigrował do Francji. Od trzydziestu lat wielbiciel twórczości Zdzisława Beksińskiego. Przez kilka lat prowadził w Paryżu galerię „Galerie DMOCHOWSKI, musée-galerie de BEKSINSKI”. Właściciel bogatej kolekcji obrazów, zarówno swojego ulubionego twórcy Zdzisława Beskińskiego, jak i artystów rosyjskich, bułgarskich i francuskich. Autor krótkometrażowego filmu „W hołdzie Beksińskiemu” oraz książki „Zmagania o Beksińskiego” / „Notes sur la situation générale. Historique d’un échec” (polskie wydanie 1996 r.). W roku 2005, kilka miesięcy po tragicznej śmierci Zdzisława Beksińskiego, opublikował w internecie korespondencję z artystą. 

Beksinski - foto Muzeum w Sanoku 

Wiadomości z tej kategorii